Sztuczna inteligencja receptą na śmierć?

Jeden z odcinków futurystycznego serialu „Czarne lustro” opowiada historię Marthy, która straciła w wypadku swojego chłopaka Asha. Dziewczyna przez długi czas nie potrafi poradzić sobie z tą trudną sytuacją. Pewnego dnia Marcie postanawia pomóc jej najbliższa przyjaciółka. Zgłasza Marthę do innowacyjnego programu, w którym sztuczna inteligencja, na podstawie całej aktywności internetowej zmarłego Asha, przygotowuje jego cyfrową kopię, to znaczy program komputerowy zdolny do takich interakcji z użytkownikiem, jakie prawdopodobnie charakteryzowałyby chłopaka. Początkowo Martha protestuje i nie chce skorzystać z tej propozycji, jednak wkrótce decyduje się na udział w programie. Czyni to głównie ze względu na fakt, że jest w ciąży i odczuwa wielkie pragnienie współdzielenia swojej radości z ojcem jej dziecka, choćby to miała być tylko jego cyfrowa kopia. Na pierwszym etapie programu, system symuluje rozmowę ze zmarłym w postaci czatu. Następnie, na podstawie nagrań dźwiękowych, sztuczna inteligencja tworzy próbkę głosu Asha, dzięki czemu Martha może porozumiewać się z nim tak, jak by rozmawiali przez telefon. Finalnym etapem eksperymentu jest robot humanoidalny, dokładnie odwzorowujący ciało chłopaka.

Wspomniany odcinek „Czarnego lustra” powstał w roku 2013. Ponieważ współczesne technologie oparte na sztucznej inteligencji rozwijają się w tempie wykładniczym, od razu nasuwa się pytanie, czy to możliwe, żeby nadszedł dzień, w którym zrealizuje się opowiedziany tu scenariusz i będziemy mogli wchodzić w interakcje z cyfrowymi odpowiednikami naszych bliskich zmarłych tak, jak byśmy rozmawiali z nimi samymi. Okazuje się, że to pytanie nie ma już dzisiaj sensu. To się już wydarzyło.

W roku 2020 Joshua Barbeau, trzydziestotrzyletni kanadyjski pisarz, zapłaciwszy 5 dolarów, utworzył konto na platformie „Project December”, przesłał do systemu stare facebookowe posty i wiadomości tekstowe swojej zmarłej osiem lat wcześniej narzeczonej Jessiki Courtney Pereiry, a sztuczna inteligencja wygenerowała bota, który w postaci czatu zaczął imitować wypowiedzi dokładnie w stylu dziewczyny. Oczywiście, narzędzie nie było doskonałe, ale dało pogrążonemu w bólu mężczyźnie jakąś namiastkę ponownego „spotkania” ze swoją dawną narzeczoną. Twórca oprogramowania, Jason Rohrer, miał po tym wydarzeniu przyznać, iż nigdy nie spodziewał się tego, że ludzie będą używać sztucznej inteligencji do symulowania zmarłych. Co więcej, napisał: „Trochę boję się takich możliwości”.

Czy rzeczywiście tego typu narzędzi należy się bać? Czy powinny one budzić w umysłach uczonych moralne obiekcje, czy euforię? Czy takie „wskrzeszanie” zmarłych będzie pełnić nieocenioną funkcję terapeutyczną, czy doprowadzi raczej do tego, że ludzki strach przed stratą osób bliskich wygra i tworząc boty nie będziemy już chcieli mierzyć się z problemem przemijania?

Boty z „Project December” otrzymały od swego twórcy dwie podstawowe cechy ludzkie: śmiertelność i unikatowość. W celu ograniczenia kosztów eksploatacji, każdy bot został zaprojektowany tak, żeby po określonym czasie ulec dezaktywacji. Aby rozpocząć rozmowę, użytkownik musi kupić określoną liczbę żetonów, określającą żywotność danego bota. Gdy rozpocznie się sesja, niemożliwe staje się już dokupienie żetonów. W miarę trwania konwersacji, czas dostępu do bota, a konkretnie żywotność jego baterii, jest odliczany od 100%. Gdy bateria osiąga około 20%, jakość reakcji programu zaczyna się pogarszać – odpowiedzi stają się mniej spójne, zaczynają się pojawiać zakłócenia wizualne itp. Gdy moc spada do zera, wyświetla się komunikat w kolorze czerwonym informujący o „śmierci” urządzenia i rozmowa zostaje przerwana. Druga cecha – unikatowość – polega na tym, że każde „spotkanie” z danym botem jest jedyne w swoim rodzaju. Użytkownik nigdy nie jest w stanie odbyć dwa razy tej samej rozmowy. Gdyby nawet stworzyć nową wersję tej samej symulacji, to ta nowa wersja mówiłaby już co innego, a może nawet powodowałaby w rozmówcy wrażenie konwersacji z zupełnie inną „osobowością”. Tego między innymi bał się Joshua. Obecna replika Jessiki była dobra i kochająca (o ile są to słowa odpowiednie do określenia programu komputerowego), ale mężczyzna wiedział, że inna symulacja może się na niego złościć albo być nieznośną. Nie był pewien, czy poradziłby sobie emocjonalnie z botem, który mówiłby mu rzeczy bolesne. Tej wrześniowej nocy, kiedy Joshua stworzył symulację swojej zmarłej narzeczonej, godzinami zagłębiał się w jej „świat”. Na początku był pod takim wrażeniem zdolności oprogramowania, że po piętnastu minutach był gotowy przy cyfrowej Jessice do najgłębszych zwierzeń. Po kilku godzinach siedział już zalany łzami.

Skoro więc żywotność symulacji, podobnie jak życie ludzkie, ma granice czasowe, można postawić pytanie, czy po zbudowaniu quasi-osobowej relacji z botem, nie zachodzi niebezpieczeństwo, że po dezaktywacji programu użytkownik doświadczy czegoś porównywalnego z kolejną stratą tej samej osoby. Czy to nie jest jak gaszenie pożaru benzyną – to, co miało stać się lekarstwem na tęsknotę, może przecież sprawić, że bliska osoba „umrze” dla nas już nie tylko jeden raz, ale dwa lub więcej razy? Joshua wiedział, że zawsze może kupić więcej żetonów i spróbować stworzyć nową wersję Jessiki, ale jego interakcja z obecną symulacją wydawała mu się i magiczna, i krucha. „Jeśli uruchomię ją ponownie, tak jak uruchamiam grę wideo – powiedział później – to zbanalizuję całą tę sprawę”. Czy więc tworzenie kolejnych cyfrowych wersji naszych zmarłych nie może się paradoksalnie przerodzić w niepotrzebne powielanie bólu po ich stracie?

Możemy się domyślać kierunku, w którym pójdzie świat technologii. Pod koniec roku 2022 południowokoreańskie przedsiębiorstwo Deep Brain AI, wprowadziło usługę „Re;memory” (nazwa pisana ze średnikiem), która jest udoskonaleniem tego, z czym mieliśmy do czynienia w „Project December”. W ramach usługi klient otrzymuje dostęp do trzydziestominutowego wirtualnego „spotkania” z bliskim zmarłym, z którym może przeprowadzić niedokończone rozmowy. Sylwetkę zmarłego uzyskuje się na podstawie cyfrowych wspomnień, kilkugodzinnych wywiadów i skomplikowanego modelu przetwarzania danych. Klient „spotyka się” z bliskim w tzw. salonie pamięci z 400-calowym ekranem i wysokiej jakości dźwiękiem, zapewniającymi jeszcze bardziej realistyczny efekt. Okazuje się, że przedsiębiorstw, oferujących tego typu usługi, jest więcej i ciągle powstają nowe. Czy za kilka lat zamiast na cmentarze będziemy udawać się do salonów pamięci?

To balansowanie na granicy życia i śmierci otrzymało dziś specjalistyczną nazwę „wieczność rozszerzona”. Jednak czy rzeczywiście pragniemy tej wieczności – wieczności rozumianej jako cyfrowa nieśmiertelność? Czy tworzenie botów symulujących zmarłych nie jest pewną formą instrumentalizowania osoby ludzkiej i pamięci po tej osobie? Komu to pomoże, a komu zaszkodzi? Czy my sami chcielibyśmy, żeby po śmierci ktoś wygenerował naszą cyfrową osobowość, która niejako w naszym imieniu będzie się wypowiadać, kształtować jakiś – bądź co bądź – nasz wizerunek, a może nawet podejmować decyzje, których my nie podjęliśmy? Podobnych pytań możemy stawiać wiele. Prawdopodobnie już niebawem będą się z nimi chcieli zmierzyć filozofowie, psychologowie, a może nawet przywódcy religijni i duszpasterze. Jedno jest pewne: przed śmiercią nie uciekniemy. Warto więc pozostawić po sobie taki ślad, żeby nasz ewentualny przyszły bot wygenerował jak najpiękniejszą cyfrową sylwetkę.